,,Bo
człowiek rodzi się na niedolę, jak iskry z pożogi, aby wysoko wzlatać”
-Księga
Hioba 5:7
Nazywam się Alex White, mam 17 lat i mieszkam w Nowym Jorku, a dokładnie
na Brooklynie. Wcześniej mieszkałam w New Jersey ale przeprowadziłam się z mamą
z powodu jej pracy.
Więc
tak, w poniedziałkowy ranek szłam do mojej szkoły, niewielkiego, zapyziałego
budynku przy Henry’s Street. Przypomina on połączenie starego kościoła i
biblioteki uniwersyteckiej. Ściany były dosyć nietypowym połączeniem zwykłych
otynkowanych murów i wystających cegieł. Frontową część budynku porastał gęsty,
zielony bluszcz.
Uczniowie
już wlewali się przez frontowe drzwi, śmiejąc się i komentując miniony weekend.
Ja
wlokłam się na końcu, sama i zamknięta w sobie. Tego dnia, na mój parszywy
humor składało się kilka spraw, które nie dawały mi spokoju.
Po
pierwsze. Pokłóciłam się z matką. O to co zwykle, czyli o jej nowego chłopaka.
Miał na imię Darius, i wydawał mi się fajny przez jakieś, pierwsze 30 sekund
naszej znajomości. Porem się odezwał, i wiedziałam że jest gburem jakich mało.
Ale mama mimo to się za nim uganiała. Fuj. Potem dowiedziałam się że jest
przewodniczącym jakiegoś stowarzyszenia ludzi wiary, , czy czegoś takiego. Moim
zdaniem to było chore, zresztą tak jak wszystko co się z nim wiązało.
Po drugie. Ojciec mojej najlepszej
kumpeli Jessicki, Roger Parnell, umarł dwa dni temu na zawał serca. Pan Parnell
zawsze był dla mnie jak ojciec, którego nigdy nie miałam.
Bo moja mama
wychowywała mnie samotnie. Mój prawdziwy ojciec był jej chłopakiem ze studiów,
ale kiedy się dowiedział, że mama jest w ciąży, po prostu zniknął. Pogodziłam
się z tym.
Najbardziej martwiłam
się o Jess. Właśnie straciła ojca a jej matka siedziała na kuchennym krześle i
gapiła się w ścianę, nie była w stanie zająć się ani Jess, ani jej młodszą
siostrą Carrie. W końcu przyjechała do nich siostra pani Parnell, Linda, i
zajęła się dziewczynami.
Jess była tak
zrozpaczona, że nie była w stanie chodzić do szkoły. Codziennie do niej
dzwoniłam i pocieszałyśmy się nawzajem.
Więc kiedy w końcu
dotarłam do szkoły znowu zachciało mi się płakać. Dosyć tego! Powiedziałam
sobie w myślach. Dam radę, nie ma, że boli!
Jakoś dotarłam do
swojej szafki, wzięłam książki i już miałam się odwracać, kiedy znikąd wyrosła
przede mną Clare
Była ona o jakieś 5
centymetrów niższa ode mnie, ale miała jeszcze ok. metr pewności siebie. Była
tak chuda, że było jej widać żebra. Miała tez długie do połowy pleców, blond
włosy oraz zimne niebieskie oczy. Ponad to zawsze nosiła staniki typu push-up,
spódniczki mini i oczywiście szpilki. Z jej twarzy nigdy nie znikał makijaż( na
moje oko miała ok.3 kilogramy tapety na twarzy)i wredny uśmieszek. Clare była
jedną z tych osób, które uważają się za lepsze od innych tylko dlatego, że są
bogate i popularne. Innymi słowy była wredną jędzą.
Więc stała tak przede
mną z tym swoim krzywym uśmieszkiem, i po wyrazie jej oczu wiedziałam, że zaraz
zacznie się na mnie wyżywać.
-Co tam? –Powiedziała
tym swoim cieniutkim głosikiem zapowiadającym kłopoty. – Słyszałam, że ojczulek
tej twojej psiapsiuły wykitował. To naprawdę musiał być dla niej cios, założę
się, że jutro przyjdzie do budy cała obsmarkana i żałosna!
– oznajmiła Clare, ze śmiechem. Śmiechem! Jak
ona śmie tak mówić o Jess i jej tacie! Cała się gotowałam w środku i miałam
ochotę rozerwać Clare na strzępy.
O dziwo mój głos brzmiał spokojnie i lodowato
-Po pierwsze, tak, ojciec Jess zmarł
na zawał serca, ale to nie twoja sprawa.-wycedziłam przez zęby.- Po drugie,
nigdy więcej nie waż się tak mówić o Jess i jej tacie.-wprost gotowałam się z
furii- I po trzecie, to, że ty nie masz uczuć i nie obchodzi cię nic poza tobą
samą, nie oznacza jeszcze, że możesz szydzić ze śmierci członków rodzin innych
ludzi. Ciekawe czy ty- wycelowałam palec wskazujący w jej mostek i dźgnęłam ją
nim, aż się wzdrygnęła- skakałabyś z radości, gdyby chodziło o twojego ojca lub
matkę! I wiesz co?-kontynuowałam nie dając jej dojść do głosu-Nikogo nie
obchodzi twoja samolubna ocena. A wiesz dlaczego? Bo jesteś wredną francą!
Clare cofnęła się wstrząśnięta moim
wybuchem. Nic dziwnego. Zazwyczaj, ci, na których się wyżywała, albo milczeli,
albo ją ignorowali, albo, jak w przypadku tych bardziej wrażliwych osób, ronili
ciche łzy kiedy już sobie odchodziła. Nienawidziłam jej za to.
Clare
w końcu się otrząsnęła, ale na jej twarzy pozostał wyraz zaskoczenia, którego
nie była w stanie ukryć.
-Pożałujesz tego!!! Nikt nie ma prawa
odzywać się do mnie w ten sposób!- pisnęła i oddaliła się korytarzem, kręcąc
tyłkiem i chwiejąc się na swoich wysokich obcasach, jakaś diva. Żeby nie
powiedzieć dziwa.- dodałam w myślach
Znaczy się, podrywała chłopaków, jak każda
inna dziewczyna w szkole, ale chodziły plotki, że nie tylko. Fuj.
Aż się wzdrygałam na
samą myśl co ona mogła robić z zawodnikami naszej szkolnej drużyny po meczach.
OCHYDA. NA. MAKSA
Odeszłam w stronę
klasy, zastanawiając się co we mnie wstąpiło kiedy przyszła Clare. No, wiadomo,
wkurzyłam się jak nie wiem co, kiedy zaczęła się nabijać z Jess i jej ojca ale
jeszcze nigdy jej tak nie nawrzucałam, nawet kiedy śmiała się ze mnie.
Usiadłam w ostatniej ławce Sali biologicznej pawie
równo z dzwonkiem.
Cieszyłam się w duchu,
że przynajmniej nie chodzę z Clare do jednej klasy. To byłby koszmar.
Z rozmyślań wyrwał mnie
głos pana McUllaisa, nauczyciela biologii i fizyki.
- No dobra misiaczki.
Dzisiaj zaczynamy dział IV, czyli ludzką psychikę. Kto mi powie, jakie są
najczęstsze przyczyny chorób psychicznych?- Zapytał tym samym znudzonym głosem,
który świadczył, że ma już serdecznie dość, gadania rok w rok o tym samym. I
szczerze, nie dziwiłam mu się, ponieważ o ile było mi wiadomo, był nauczycielem
od jakiś czterdziestu lat. Pan McUllais wyglądał na jakieś 60 lat ale moim
zdaniem był o wiele starszy.
Do odpowiedzi zgłosiła
się Kate Johnson . Jak zwykle. Kate była jedną z tych osób, które nie chodzą na
imprezy, zawsze trzymają się na uboczu ale na lekcjach znają odpowiedź na każde
pytanie
-Traumatyczne
przeżycia, stres, niektóre toksyny,- odpowiedziała bez wahania- i jeszcze
samotność.- dodała.
- Dobrze. 3 punkty
panno Johnson. – odpowiedział nauczyciel.
I mniej więcej, w tym
momencie się wyłączyłam. Dałam się ponieść myślom i kompletnie nie wiedziałam
co się dookoła mnie dzieje.
Moje myśli, od razu
skierowały się ku dzisiejszym incydencie z Clare. Co się właściwie stało? Nie
mogłam tego zrozumieć. Jeszcze nigdy nie byłam tak wściekła. Wiadomo czasem się
denerwowałam, na mamę, na Jess, na szkołę ale nigdy nie byłam aż tak
wyprowadzona z równowagi. Myślałam tak jeszcze przez chwilę, o co mogło
chodzić.
Tym razem, moje myśli
skierowały mnie do Dariusa, tego chłoptasia mamy. Naprawdę go
nienawidziłam. Moja mama miała go za
ideał, a mnie zrujnowała nim życie.
Wysoki, ni to chudy, ni
to gruby, zero mięśni i do połowy łysy, wyglądał bardziej jak umyty menel, ale
miał kasę i moim zdanie to właśnie to przyciągało do niego moją matkę, bo ktoś
taki jak on na pewno nie przyciągał uwagi normalnych kobiet. Powtarzam:
normalnych, bo moja matka z pewnością do takich nie należała.
Kiedy patrzyłam jaki on
dla niej jest, miałam ochotę rzygać. Niby był taki kochany i w ogóle, ale przez
niego nie mogła robić nic co według niego nie pasowało do jakieś cudownej,
wielce wierzącej, idealnej żoneczki. Beznadzieja.
Zauważyłam, że zamienia się w jego
marionetkę, z każdym dniem, coraz bardziej.
W
sumie chodziła z nim od jakiś dwóch lat. Od tego czasu strasznie się od siebie
oddaliłyśmy. Czasem mam wrażenie, że między nami już nigdy nie będzie tak jak
kiedyś. Dawniej co niedzielę oglądałyśmy razem filmy, Harry’ego Pottera, Gwiezdne Wojny i tak dalej. Teraz ona była już tylko ,,wzorem idealnej żoneczki z
perfekcyjnej katolickiej rodziny”. Pff. A najgorsze, że mnie też chciała
zamienić w takie ,,zombie”.
Nie rozmawiamy już prawie wcale. No,
nie licząc jakiś jałowych powitań i pożegnań, rano i wieczorem.
I oczywiście z wyjątkiem kłótni. Nasze dłuższe
rozmowy błyskawicznie przeobrażały się w awantury, i to praktycznie dzień w
dzień. Czasem miałam wrażenie, że mojej mamy już nie ma.
Z
tych ponurych rozmyślań wyrwało mnie
jakieś dziwne uczucie. Miałam wrażenie, że coś mnie skręca w żołądku, ale nie
boleśnie… Tylko dziwnie.
Rozejrzałam się po klasie- nikt nic
nie zauważył. Nauczyciel dalej gadał o psychice, a połowa uczniów wyglądała
jakby spali z otwartymi oczami- normalka.
A jednak coś było nie tak. To dziwne uczucie,
coraz bardziej dawało mi się we znaki. Po raz kolejny obiegłam wzrokiem klasę i
dostrzegłam jakiś cień przemykający z oknem. Oczywiście nikt inny nie zwrócił
na to uwagi.
I nagle, zrobiło mi się ciemno przed
oczami. Nie miałam kontroli nad własnym ciałem. W tej całej ciemności pojawił
się rozbłysk światła i usłyszałam ten głos. Był ciepły ale surowy, głęboki i
przyjemny
- Idź
do starej katedry przy Kent Avenue. Dotknij kłódki i wejdź. Tam czeka na ciebie
twoje przeznaczenie.-
Właśnie w tym momencie, poczułam pieczenie na przedramieniu i osunęłam się w
ciemność.