Nie wiem czy ktokolwiek to czyta, lecz jeśli tak to bardzo przepraszam za brak wpisów, ale niestety wena mnie opuściła. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się stworzyć coś sensownego. Jeszcze raz przepraszam. :) I please, komentujcie. (chciałabym wiedzieć czy ktoś to czyta)
~ Alex
Zwykła dziewczyna? Już nie. Mroczny świat pełen tajemnic, potworów i decyzji, które mogą zaważyć o losach ludzkości i nie tylko. Czy miłość uratuje, przyjaźń przetrwa a serce podpowie właściwie?
sobota, 25 stycznia 2014
niedziela, 5 stycznia 2014
Rozdział I
Kolejne problemy do kolekcji
,,Długa i trudna droga wiedzie do
światłości z piekieł”
-John Milton ,, Raj utracony”
Pierwsze, z czego zdałam sobie sprawę, to, że leżę na czymś
twardym. Powoli otworzyłam oczy i zobaczyłam światło świetlówki w sali
biologicznej.
Po drugie, zobaczyłam, że dookoła
mnie klęczą ludzie, ale nie widziałam ich twarzy, bo wszystko poza lampą na suficie
było zamazane.
Powoli zaczynałam
dochodzić do siebie. Coraz wyraźniej słyszałam głosy innych uczniów i profesora
Mcullaisa, rozbrzmiewające wokół mnie.
- Odsuńcie się! Już! Ona potrzebuje powietrza! Do tyłu!-
krzyczał nauczyciel do reszty klasy.-Wszystko w porządku? Co się stało?-
powiedział profesor, i dopiero po chwili zorientowałam się, że mówi do mnie.
-C…Co się dzieje?- udało mi się wydukać- O co chodzi?-
pytałam ludzi dookoła mnie.
- Zemdlałaś Alex. Dobrze się czujesz?- Odezwał się do mnie
MCUllais.
-Tak, już dobrze. Pomóżcie mi
usiąść.- odezwałam się i dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że cała
się trzęsę.
- Panno Johnson, proszę zaprowadzić pannę White do gabinetu
pielęgniarki.- odezwał się nauczyciel i
Kate momentalnie znalazła się przy mnie i pomogła mi wstać.
Udałyśmy się do gabinetu lekarskiego. Po drodze przez klasę
poczułam, że ktoś mnie obserwuje, odwróciłam się i zobaczyłam za sobą Ericka
Rodrigeza, jednego z zawodników naszej szkolnej drużyny . W jego spojrzeniu
było coś dziwnego. Jakby…troskę i nienawiść, nie potrafiłam tego stwierdzić.
Dziwne. Ale postanowiłam się tym nie przejmować.
Wspomnienie tego głosu nie dawało mi jednak spokoju i
przyprawiało o dreszcze. O co mogło chodzić? Czy to były tylko zwidy, stworzone
przez moją chorą wyobraźnie? A jeśli nie, to do kogo należał ten głos? Po co
mnie wzywa? Te pytania dręczyły mnie jak chmara natrętnych pszczół, od których
nie można się opędzić.
Doszłyśmy do gabinetu pielęgniarki. Otworzyłam drzwi i
owionął mnie znienawidzony zapach środków do dezynfekcji, którym w szpitalach
starają się zatuszować odór choroby i beznadziei.
-Możesz już wrócić do klasy panno Johnson.- odezwała się
siostra Evans, kiedy tylko przekroczyłyśmy próg gabinetu lekarskiego
-Na
pewno już wszystko dobrze Alex?- zwróciła się do mnie Kate z błyskiem
niepewności w oczach.
-
Tak. Już w porządku Kate. Naprawdę.- powiedziałam do niej mając nadzieję ,
oczywiście złudną, że inni nie będą się mnie później dopytywać co się stało.
Kiedy Kate wyszła drzwi zamknęły się za nią z cichym trzaskiem.
Pani
Evans odwróciła się do mnie. Jej biały fartuch lekarski załopotał kiedy szła
przez gabinet w moją stronę. Miała na oko jakież 50 lat, blond włosy ściśnięte
w ciasny kok na czubku głowy, wyblakłe niebieskie oczy spoglądały na mnie zza
okularów w złotych oprawkach.
Odezwała się do mnie, tym swoim przesłodzonym
głosem, który zawsze kojarzył mi się z starymi paniami, które miały po 90
kotów.
-Dzień dobry panno
White. W czym problem?
-No…- zająknęłam się-
Zasłabłam na lekcji i pan McUllais kazał mi tu przyjść mimo, że czuję się już
dobrze.- wyjaśniłam pielęgniarce spokojnym i opanowanym tonem, choć w głowie
wciąż dźwięczał mi ten głos: głęboki i tajemniczy, ale zimny niczym zamarznięte
jezioro.
„Czeka tam na ciebie twoje przeznaczenie”, te
słowa nie dawały mi spokoju. O co chodzi? Przecież, ludzie, ja jestem zwykłą
dziewczyną z Brooklynu, jakie ja mogę mieć niezwykłe przeznaczenie? No cóż, w
każdym razie zakładałam, że to będzie coś niezwykłego, bo to co mi się
przydarzyło, na pewno nie było normalne.
-Hmm. A teraz już
wszystko dobrze?- zapytała mnie pani Evans z udawanym zainteresowaniem, przerywając
mój wewnętrzny monolog.
- Tak. Naprawdę.-
odpowiedziałam, licząc, że wyszło chociaż w miarę przekonująco.
-No dobrze. Zostaniesz
tutaj ze dwie lekcje i jakby coś się działo to mnie wołaj. Dobrze?-
zadyrygowała panie Evans- Siedź tutaj a ja idę do siebie.- Oznajmiła zamknęła
się w swojej dyżurce.
Ja zostałam sama. W
pokoju zajętym tylko przez leżankę, szafki z artykułami medycznymi wszelkiej
maści, wagę, mały stolik i plakaty ze szkicami anatomicznymi, było całkiem
cicho. Jedynym dźwiękiem było tykanie zegara nad drzwiami. Tik- tak. Tik-tak.
Tik- tak.
Chciałam się czymś
zająć ale telefon, odtwarzacz MP3, szkicownik a nawet książkę, którą czytałam
dla zabicia czasu, zostawiłam w plecaku, w klasie.
Mijały minuty, a ja
coraz bardziej zagłębiałam się w ponurym letargu.
W mojej głowie zaczęły
przelatywać wspomnienia. Najpierw, były to szczęśliwe chwile z Jess. Wycieczki
szkolne, wypady do kina i do galerii, spanie u siebie, żarty i psikusy,
dyskoteki... To wszystko przypominało mi, jakim oparciem była dla mnie Jess
kiedy moja mama zaczęła się spotykać z tym kretynem Dariusem.
Potem nadleciały obrazy
moich kłótni z mamą. Wspomnienia tych
czasów kiedy w naszym życiu nie było Dariusa, wydawały mi się już tylko pięknym
snem. Awantury były teraz na porządku dziennym. Czasem kiedy gadam o tym z Jess
uświadamiam sobie, że właściwie nie mam już rodziny. Darius nastawił mamę w
taki sposób, że jestem teraz zmorą jej życia, ponieważ nie jestem taka jak on
chce. Jakby się nad tym zastanowić, to chyba jeszcze nigdy nie nienawidziłam
nikogo tak bardzo jak jego, nawet Clare.
Nadeszła kolej na
wspomnienia, które same w sobie były szczęśliwe, ale przez to co ostatnio się
stało, wywoływały raczej łzy niż uśmiech. Ojciec Jess, Roger Parnell, właściwie
zastępował mi ojca. Nie był moim biologicznym ojcem, ani ojczymem, tylko
traktował mnie jak swoją córkę. Jego śmierć była dla mnie ciosem równie mocnym
jakby umarł mój tata.
Pamiętałam, jakby to
było wczoraj, kiedy pierwszy raz Jess zaprosiła mnie do siebie, i go spotkałam.
To było w drugiej klasie
podstawówki. Przed Świętami Bożego Narodzenia Jess zaprosiła mnie do siebie.
Kiedy tylko jej ojciec wysiadł z samochodu, żeby zabrać nas z pod szkoły, od
razu go polubiłam.
Był wysokim
brązowowłosym mężczyzną po trzydziestce, o wyglądzie naukowca z życzliwym
uśmiechem dodającym otuchy. Miał na sobie lekko wytarte jeansy, flanelową
koszulę i kurtkę oraz ciemne buty turystyczne.
-Cześć dziewczynki! Jak
wam minął dzień?- zapytał wtedy z uprzejmym wyrazem twarzy.
Wcześniej Jess
opowiadała mi o nim i mimo, że byłam dopiero w podstawówce, zrozumiałam, że
jest on wspaniałym człowiekiem i kochającym ojcem.
Zawsze miałam talent do
rozgryzania ludzi, już od dziecka wiedziałam wiele rzeczy o różnych ludziach.
Wystarczyło mi zamienić z nimi choćby kilka słów, a czasem nawet nie. To dziwne ale tak już po prostu było.
Więc od razu wiedziałam,
że pan Parnell był wyjątkowym człowiekiem a Jess była jego oczkiem w głowie.
Mimo młodego wieku poczułam wtedy ukłucie zazdrości. Ja nie miałam ojca. Całą moją
rodziną była mama.
Przez cały czas odkąd
przyjaźnię się z Jess, jej tata traktował mnie jak jedną ze swoich córek. Czasem
nazywał Jess, Carrie i mnie ,,Trojaczkami z piekła rodem” bo często dawałyśmy
jemu i jego żonie w kość naszymi wygłupami.
Niektórym może się to
wydać dziwne, ale ja naprawdę czułam się jak jego córka.
Na pogrzebie razem z
Jess stałyśmy razem roniąc ciche łzy, zamknięte we własnym cierpieniu.
***
W moje rozmyślania
wdarł się palący ból lewej ręki. Było to sto razy mocniejsze niż pieczenie
przedramienia zanim w klasie pana McUllaisa straciłam przytomność. Teraz ręka
piekła jakby ktoś ją przypalał żywym ogniem. Cudem udało mi się nie krzyknąć,
żeby nie alarmować pani Evans.
Szybko podciągnęłam
rękaw bluzy i oniemiałam.
Całe moje przedramię pokrywały
skomplikowane wzory przywodzące na myśl gałęzie dzikiej róży lub czegoś podobnego.
Oplatały moją rękę jak wstęgi splątane ze sobą, ale w niektórych miejscach
pozostawiły puste miejsca. Poza dwoma, tuż przy samym nadgarstku.
W
dwóch przerwach pomiędzy pnączami widniały nieznane mi symbole. Pierwszy:
skomplikowana plątanina fal i trójkątów, przywodząca na myśl płetwy rekinów
pomiędzy falami, i drugi: większy, wyraźniejszy i przypominający krzyż
umieszczony pomiędzy parą czarnych skrzydeł.
Nawet
nie znając jego znaczenia ani pochodzenia czułam bijącą od niego moc i miałam
wrażenie, że cały tatuaż, razem z tymi pnączami i drugim znakiem są na swoim
miejscu: mojej lewej ręce. Czułam, że takie jest ich przeznaczenie: zdobienie
mojej skóry pomimo, że nie wiedziałam co znaczą skąd pochodzą i o co w tym
wszystkim do licha ciężkiego chodzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
