Prawda kryję się pod powierzchnią
Gorzki język
Znam twoje ulice, mroczne miasto
Znam demony i anioły, które się gromadzą
I nocują na twoich konarach jak ptaki.
Znam ciebie, rzeko, jakbyś płynęła przez moje serce.
Jest twoją córką wojowniczką.
Są litery utworzone z twojego ciała,
Tak jak, fontanna z wody.
Są języki, z których powstał twój plan,
I kiedy nimi mówimy,
Wyrasta miasto…
Dryyyń!
Dzwonek
na korytarzu obwieszczający koniec lekcji zabrzmiał w moich uszach jak wybuch
armaty. W końcu przez dwie godziny lekcyjne siedziałam w prawie zupełnej ciszy
w gabinecie pielęgniarki.
Nie
informując o tym pani Evans wybiegłam na korytarz. Na szczęście nikt nie
zauważył pędzącej dziewczyny, która dopiero co zemdlała w klasie.
Z
klas wylewało się coraz więcej uczniów. W biegu ignorowałam ciekawskie
spojrzenia rówieśników. No tak. Wieści się roznoszą, pewnie już wszyscy wiedzą
o tym głupim incydencie.
Przed
wyjściem z gabinetu prawie zapomniałam zasłonić ten dziwny tatuaż rękawem
swetra. Cieszyłam się, że Jess nie ma w szkole bo pewnie musiałabym się jakoś
wyłgać z rozmowy z nią. A ja bardzo nienawidziłam jej okłamywać.
Wypadłam
ze szkoły tak szybko, że nawet nie zdałam sobie z tego sprawy.
Dopiero
kiedy wsiadłam do mojego starego samochodu zorientowałam się, że wybiegłam ze
szkoły z nieprawdopodobną prędkością. Nigdy nie podejrzewałam nawet, że
potrafię biec tak szybko.
I
nagle do mnie dotarło.
Wyostrzył
mi się słuch i wzrok, pędziłam szybciej niż zawodowy biegacz, a do tego chyba
nikt mnie nie zauważył, kiedy biegłam przez korytarz.
Wcześniej
tak nie było. Zaczęło się… kiedy…
I nagle mnie olśniło. Kiedy pojawił
się tatuaż! To przez to zaczęły się dziać te wszystkie dziwne rzeczy. No w
sumie, skoro sam się pojawił to może coś mi dawać no nie?
Powstrzymując
się przed odsłonieniem ręki, zapaliłam silnik i wyjechałam z parkingu.
Zdałam
sobie sprawę gdzie jadę dopiero kiedy moje autko zaczęło podskakiwać na
wiecznie dziurawej Kent Avenue. Jechałam do miejsca, które wskazał mi ten
dziwny głos. Już z daleka
widziałam rozsypujące się iglice starego kościoła. Kiedy rozglądałam się z
miejscem do zaparkowania kątem oka zobaczyłam jakieś dziwne migotanie.
Spojrzałam w górę i zamiast wierz kościoła zobaczyłam nieskazitelnie białe mury
wielkiego zamku, który zajął miejsce starej, rozpadającej się katedry. Z jednej
strony to było dziwne ale w głębi duszy czułam, że ten zamek jest całkiem
normalny. Co oczywiście nie miało sensu ponieważ pojawił się w centrum Nowego
Jorku.
Zaparkowałam
i wysiadłam z samochodu. Powoli podeszłam do starej, zniszczonej bramy z
czarnego żelaza. Znajdujące się na prętach kawałki papieru świadczyły, że
ludzie uważali ten teren za nieużywany. Jednak dla mnie było oczywiste, że za
tym ogrodzeniem było coś tajemniczego, potężnego i przyciągającego mnie jak
światło ćmę.
Wyciągnęłam
rękę w stronę kłódki spinającej stary zardzewiały łańcuch przytwierdzony do
skrzydeł bramy, ale w ostatniej chwili się zawahałam. A co jeśli znowu
zemdleje? Na jednej z bardziej ruchliwych ulic było to jak najmniej pożądane.
Miałam jednak wrażenie, że nic cię nie stanie.
Wyciągnęłam
rękę i złapałam z kłódkę. O dziwo była ciepła. ,, Otwórz się.” Pomyślałam i jak
za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozległo się delikatne pyknięcie i kłódka
razem z łańcuchem spadła na ziemie u moich stóp.
Popchnęłam bramę, a ta
otworzyła się z cichym zgrzytem. Kiedy przechodziłam przez próg na zarośnięty
chwastami teren starej katedry, zachwiałam się na nogach, zakręciło mi się w
głowie aż musiałam zamknąć oczy. Zawroty zniknęły równie szybko jak się
pojawiły. Stałam tak przez chwilę z zamkniętymi oczami, pogrążona w ciemności
aż poczułam lekką zmianę w powietrzu, która kazała mi otworzyć oczy. Oniemiałam
Widok jaki się przede
mną rozpościerał zaparł mi dech w piersiach.
Znów widziałam ten
piękny zamek, który spostrzegłam z ulicy zamiast katedry, tyle, że tym razem w
całej okazałości.
Wysokie wieże, ostro
zakończone łukowate okna, perłowo białe kamienne ściany. Dookoła zamku
rozpościerał się cudowny ogród. Wszędzie rosły nieznane mi drzewa i kwiaty,
cztery pięknie zdobione fontanny postawione dokładnie naprzeciwko wrót zamku
wesoło tryskały wodą, która spadając dawała niesamowity efekt w zachodzącym
słońcu. Aż zaświerzbiła mnie ręka, żeby to wszystko narysować.
Wciąż oczarowana
widokiem, który się przede mną roztaczał, ruszyłam powoli przed siebie cały
czas rozglądając się dookoła.
Prawie doszłam do
wejścia do zamku, kiedy wielkie misternie zdobione, drewniane drzwi otworzyły
się przede mną. Stał w nich wysoki i elegancki mężczyzna.
Miał na oko jakieś 30
lat i był niezwykle tajemniczy. Lśniące, ciemne włosy sięgały do połowy szyi i
delikatnie kręciły się nad uszami. Miał surowe, prawie posągowe rysy ale jego
brązowe oczy łagodziły ten efekt. Były mianowicie bardzo ciepłe i wpatrywały się
we mnie bez cienia wrogości.
- Witaj Alex.
Czekaliśmy na ciebie.- powiedział głębokim hipnotyzującym głosem.
Powoli zbliżyłam się do
niego nie śmiejąc wypowiedzieć ani słowa.
-Jak widzę, dotarłaś
bez większych problemów. Jestem Serafin i mam nadzieję, że ci się tutaj
spodoba.-rzekł i uśmiechnął się przyjaźnie.
-Yy… Miło mi, ale co to
za miejsce?- udało mi się wyjąkać.
-Zaraz wszystko ci
wyjaśnię. Chodź za mną.-powiedział do mnie i skierował się do wnętrza zamku.
Nie miałam wyboru, więc poszłam za nim, mając świadomość, że to co znajdę w
środku zmieni moje życie na zawsze.