wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział II


 

 

Prawda kryję się pod powierzchnią

 

Gorzki język

 

Znam twoje ulice, mroczne miasto

Znam demony i anioły, które się gromadzą

I nocują na twoich konarach jak ptaki.

Znam ciebie, rzeko, jakbyś płynęła przez moje serce.

Jest twoją córką wojowniczką.

Są litery utworzone z twojego ciała,

Tak jak, fontanna z wody.

Są języki, z których powstał twój plan,

I kiedy nimi mówimy,

Wyrasta miasto…

 

 

Dryyyń!

            Dzwonek na korytarzu obwieszczający koniec lekcji zabrzmiał w moich uszach jak wybuch armaty. W końcu przez dwie godziny lekcyjne siedziałam w prawie zupełnej ciszy w gabinecie pielęgniarki.

            Nie informując o tym pani Evans wybiegłam na korytarz. Na szczęście nikt nie zauważył pędzącej dziewczyny, która dopiero co zemdlała w klasie.

            Z klas wylewało się coraz więcej uczniów. W biegu ignorowałam ciekawskie spojrzenia rówieśników. No tak. Wieści się roznoszą, pewnie już wszyscy wiedzą o tym głupim incydencie.

            Przed wyjściem z gabinetu prawie zapomniałam zasłonić ten dziwny tatuaż rękawem swetra. Cieszyłam się, że Jess nie ma w szkole bo pewnie musiałabym się jakoś wyłgać z rozmowy z nią. A ja bardzo nienawidziłam jej okłamywać.

            Wypadłam ze szkoły tak szybko, że nawet nie zdałam sobie z tego sprawy.

            Dopiero kiedy wsiadłam do mojego starego samochodu zorientowałam się, że wybiegłam ze szkoły z nieprawdopodobną prędkością. Nigdy nie podejrzewałam nawet, że potrafię biec tak szybko.

            I nagle do mnie dotarło.

            Wyostrzył mi się słuch i wzrok, pędziłam szybciej niż zawodowy biegacz, a do tego chyba nikt mnie nie zauważył, kiedy biegłam przez korytarz.

            Wcześniej tak nie było. Zaczęło się… kiedy…

I nagle mnie olśniło. Kiedy pojawił się tatuaż! To przez to zaczęły się dziać te wszystkie dziwne rzeczy. No w sumie, skoro sam się pojawił to może coś mi dawać no nie?

            Powstrzymując się przed odsłonieniem ręki, zapaliłam silnik i wyjechałam z parkingu.

            Zdałam sobie sprawę gdzie jadę dopiero kiedy moje autko zaczęło podskakiwać na wiecznie dziurawej Kent Avenue. Jechałam do miejsca, które wskazał mi ten dziwny głos.            Już z daleka widziałam rozsypujące się iglice starego kościoła. Kiedy rozglądałam się z miejscem do zaparkowania kątem oka zobaczyłam jakieś dziwne migotanie. Spojrzałam w górę i zamiast wierz kościoła zobaczyłam nieskazitelnie białe mury wielkiego zamku, który zajął miejsce starej, rozpadającej się katedry. Z jednej strony to było dziwne ale w głębi duszy czułam, że ten zamek jest całkiem normalny. Co oczywiście nie miało sensu ponieważ pojawił się w centrum Nowego Jorku.

            Zaparkowałam i wysiadłam z samochodu. Powoli podeszłam do starej, zniszczonej bramy z czarnego żelaza. Znajdujące się na prętach kawałki papieru świadczyły, że ludzie uważali ten teren za nieużywany. Jednak dla mnie było oczywiste, że za tym ogrodzeniem było coś tajemniczego, potężnego i przyciągającego mnie jak światło ćmę.

            Wyciągnęłam rękę w stronę kłódki spinającej stary zardzewiały łańcuch przytwierdzony do skrzydeł bramy, ale w ostatniej chwili się zawahałam. A co jeśli znowu zemdleje? Na jednej z bardziej ruchliwych ulic było to jak najmniej pożądane. Miałam jednak wrażenie, że nic cię nie stanie.

            Wyciągnęłam rękę i złapałam z kłódkę. O dziwo była ciepła. ,, Otwórz się.” Pomyślałam i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozległo się delikatne pyknięcie i kłódka razem z łańcuchem spadła na ziemie u moich stóp.

Popchnęłam bramę, a ta otworzyła się z cichym zgrzytem. Kiedy przechodziłam przez próg na zarośnięty chwastami teren starej katedry, zachwiałam się na nogach, zakręciło mi się w głowie aż musiałam zamknąć oczy. Zawroty zniknęły równie szybko jak się pojawiły. Stałam tak przez chwilę z zamkniętymi oczami, pogrążona w ciemności aż poczułam lekką zmianę w powietrzu, która kazała  mi otworzyć oczy. Oniemiałam

Widok jaki się przede mną rozpościerał zaparł mi dech w piersiach.

Znów widziałam ten piękny zamek, który spostrzegłam z ulicy zamiast katedry, tyle, że tym razem w całej okazałości.

Wysokie wieże, ostro zakończone łukowate okna, perłowo białe kamienne ściany. Dookoła zamku rozpościerał się cudowny ogród. Wszędzie rosły nieznane mi drzewa i kwiaty, cztery pięknie zdobione fontanny postawione dokładnie naprzeciwko wrót zamku wesoło tryskały wodą, która spadając dawała niesamowity efekt w zachodzącym słońcu. Aż zaświerzbiła mnie ręka, żeby to wszystko narysować.

Wciąż oczarowana widokiem, który się przede mną roztaczał, ruszyłam powoli przed siebie cały czas rozglądając się dookoła.

Prawie doszłam do wejścia do zamku, kiedy wielkie misternie zdobione, drewniane drzwi otworzyły się przede mną. Stał w nich wysoki i elegancki mężczyzna.

Miał na oko jakieś 30 lat i był niezwykle tajemniczy. Lśniące, ciemne włosy sięgały do połowy szyi i delikatnie kręciły się nad uszami. Miał surowe, prawie posągowe rysy ale jego brązowe oczy łagodziły ten efekt. Były mianowicie bardzo ciepłe i wpatrywały się we mnie bez cienia wrogości.

- Witaj Alex. Czekaliśmy na ciebie.- powiedział głębokim hipnotyzującym głosem.

Powoli zbliżyłam się do niego nie śmiejąc wypowiedzieć ani słowa.

-Jak widzę, dotarłaś bez większych problemów. Jestem Serafin i mam nadzieję, że ci się tutaj spodoba.-rzekł i uśmiechnął się przyjaźnie.

-Yy… Miło mi, ale co to za miejsce?- udało mi się wyjąkać.

-Zaraz wszystko ci wyjaśnię. Chodź za mną.-powiedział do mnie i skierował się do wnętrza zamku. Nie miałam wyboru, więc poszłam za nim, mając świadomość, że to co znajdę w środku zmieni moje życie na zawsze.