sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział III


Łowcy Demonów

 

,,Ludzie są gotowi uwierzyć we wszystko, tylko nie w prawdę.”

 

-Carlos Ruiz Zafón

 

       Szłam za Serafinem przez mroczny hol zamku. Na ścianach pełno było wspaniałych obrazów przedstawiających ludzi w czarnych ubraniach, trzymających noże, sztylety, miecze, włócznie i inne tym podobne śmiercionośne narzędzia. Na niektórych obrazach widniały jakieś dziwne stwory, z pazurami i kłami. Już na sam ich widok dostawałam dreszczy.

         - Więc co to za miejsce? I co ja tu w ogóle robię?-przerwałam ciszę. Serafin odwrócił się do mnie i odpowiedział przyjaznym głosem

         - Spokojnie, zaraz ci wszystko wyjaśnię. Na początek, zapewne zastanawiasz się kim jestem?- skinęłam głową a on w odpowiedzi wyciągnął lewą rękę i podwinął rękaw. Całe jego przedramię pokryte było tatuażami podobnymi do moich ale zamiast delikatnych pnączy zdobiących moją rękę, Serafin miał wzór w postaci czarnych łańcuchów. Wiedziałam, że moje oczy się zaokrągliły. Już miałam coś powiedzieć, ale Serafin nie zwrócił na to uwagi i mówił dalej

- Jak widzisz, nie jesteś jedyną osobą z takimi znakami. Każda osoba w tym zamku, ma na ręce podobne wzory.- Widząc moją minę uśmiechnął się nieznacznie i kontynuował.

- Może zacznę od początku. Ludzie których tu spotkasz, to łowcy demonów. Nie używamy jakiś wymyślnych nazw, jesteśmy po prostu Łowcami. Pierwsze udokumentowane dowody na naszą walkę z demonami pochodzą, mniej więcej, z przed 300 lat. Przez ponad trzy wieki nadal nie udało się ustalić skąd się wzięliśmy. Jak zapewne zauważyłaś, dzięki tym tatuażom jesteś szybsza, ale to tylko jedna z korzyści, które dają te znaki. Symbole wyostrzają zmysły, instynkty i zwiększają umiejętności walki.- Tu uśmiechnął się półgębkiem. Domyśliłam się, że walka to jego ulubione zajęcie, mimo, że na takiego nie wygląda.

-W miarę jak będziesz kontynuować szkolenie, będą się pojawiać następne znaki. Będą odnosić się głównie do sprawności, ale niektóre działają na umysł. Na razie nie będę ci wszystkiego wyjaśniać, szkolenie zrobi swoje.

- Jak długo tu zostanę?- zapytałam trochę niepewnie. No dobra, chciałabym się uwolnić od matki; ale ludzie, tęskniłabym za Jess, za moim pokojem i wypadami do kina czy galerii z Jessicką.

- Nie wiadomo ile zajmie ci szkolenie, ale spokojnie, będziesz mogła wychodzić na przykład do sklepów i spotykać się z przyjaciółmi. Od teraz będziesz mieszkać tu, w tym zamku, razem z innymi naszymi uczniami. Zanim zaprowadzę cię do twojego nowego pokoju, na pewno masz pełno pytań?

-Właściwie niewiele. Po pierwsze: Co z moją mamą? Nie byłyśmy jakoś blisko, ale chyba zacznie się martwić jak nie będzie mnie w domu… Nawet nie wiem ile. Niezbyt się mną interesowała ale to chyba zauważy.- Serafin westchnął

-Widzisz, to jest najtrudniejsze. Nie będę owijał w bawełnę, masz trzy wyjścia. Wyjście numer 1- Możesz odwiedzić matkę, wytłumaczyć jej to wszystko i powiedzieć, że musisz odejść. Najprawdopodobniej ona nigdy się z tym nie pogodzi. Wtedy już nigdy nie będziesz mogła się z nią widywać, dal jej własnego bezpieczeństwa.- Ta perspektywa wydała mi się w miarę sensowna, ale żeby już nigdy nie zobaczyć mamy?

-Opcja druga- możesz udawać, że dostałaś się do prywatnej szkoły z internatem i, że będziesz tam mieszkać. Twoja mama pewnie będzie miała wątpliwości, ale będziesz musiała wysyłać jej udawane oceny, prosić o pozwolenia i tak dalej. Przy tej opcji, problemy zaczynają się dopiero po paru latach, kiedy powinnaś kończyć szkołę. Zazwyczaj, wtedy jeszcze kontynuujemy szkolenie, więc nie będziesz mogła wrócić do domu. W takiej sytuacji, zwykle trzeba ciągle udawać, że wyjechałaś na studia albo szukać pracy, jak wolisz.

-Nie wiem czy potrafiłabym tak długo okłamywać mamę. W prawdzie nie chciałabym żeby wiedziała o tym wszystkim.- Machnęłam ręką ogarniając spojrzeniem obrazy wiszące na ścianach.- Myślę, że to by było niewłaściwe. Jaka jest trzecia opcja?

Serafin wyraźnie się zasępił. Pomyślałam, że ta trzecia możliwość jest najgorsza ze wszystkich.

-Hmm. Widzisz, ostatnia opcja polega na tym, że możemy upozorować twoją śmierć.

Ze zdziwienia aż opadła mi szczęka. Upozorować moją śmierć? Ale wtedy wszyscy myśleliby, że nie żyje. Nawet Jess. Ta możliwość mnie przerażała ale zrozumiałam o co chodzi.

Nie musiałabym kłamać, oszukiwać matki i wykręcać się. Nie musiałabym nic jej tłumaczyć, tej całej historii z tatuażem,  demonami ani, że odchodzę. Zniknęłabym z jej życia na zawsze, a razem ze mną całe niebezpieczeństwo, które niesie za sobą moje nowe życie.

Teraz musiałam tylko podjąć decyzję.

Nie ma mowy żebym powiedziała matce prawdę. Kłamać też nie chciałam. Jednak, moja ,,śmierć” też nie była idealnym rozwiązaniem. Gdybym na przykład spotkała w sklepie kogoś znajomego, co miałabym powiedzieć?

,, Hej, nie zwracaj na mnie uwagi jestem tylko wytworem twojej wyobraźni.”? Nie ma mowy.

         -Spokojnie, masz czas. Na razie możesz napisać do matki, że nocujesz u koleżanki. Nie spiesz się z podjęciem decyzji, przemyśl sobie to wszystko, a jak już się zdecydujesz to przyjdź do mojego biura.- Powiedział Serafin, wyrywając mnie z rozmyślań. Pokiwałam głową ale nadal milczałam.

         -Teraz zaprowadzę cię do twojego pokoju. Jeśli będziesz miała jakieś pytania, to współlokatorki ci wszystko wyjaśnią, lub poproś jedną z nich żeby przyprowadziły cię do mojego gabinetu.-Znowu pokiwałam głową. Super, będę miała współlokatorki. Znając moje szczęście trafię do jakiś walniętych gotek albo plastikowych lalek w typie Clare. ,,Myśl pozytywnie” skarciłam się w myślach ale nic z tego nie wyszło.

 W głowie przelatywały mi wizerunki różnych typów dziewczyn   ( w większości tych mocno odjechanych) i zastanawiałam się na co trafię.


-Alex

wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział II


 

 

Prawda kryję się pod powierzchnią

 

Gorzki język

 

Znam twoje ulice, mroczne miasto

Znam demony i anioły, które się gromadzą

I nocują na twoich konarach jak ptaki.

Znam ciebie, rzeko, jakbyś płynęła przez moje serce.

Jest twoją córką wojowniczką.

Są litery utworzone z twojego ciała,

Tak jak, fontanna z wody.

Są języki, z których powstał twój plan,

I kiedy nimi mówimy,

Wyrasta miasto…

 

 

Dryyyń!

            Dzwonek na korytarzu obwieszczający koniec lekcji zabrzmiał w moich uszach jak wybuch armaty. W końcu przez dwie godziny lekcyjne siedziałam w prawie zupełnej ciszy w gabinecie pielęgniarki.

            Nie informując o tym pani Evans wybiegłam na korytarz. Na szczęście nikt nie zauważył pędzącej dziewczyny, która dopiero co zemdlała w klasie.

            Z klas wylewało się coraz więcej uczniów. W biegu ignorowałam ciekawskie spojrzenia rówieśników. No tak. Wieści się roznoszą, pewnie już wszyscy wiedzą o tym głupim incydencie.

            Przed wyjściem z gabinetu prawie zapomniałam zasłonić ten dziwny tatuaż rękawem swetra. Cieszyłam się, że Jess nie ma w szkole bo pewnie musiałabym się jakoś wyłgać z rozmowy z nią. A ja bardzo nienawidziłam jej okłamywać.

            Wypadłam ze szkoły tak szybko, że nawet nie zdałam sobie z tego sprawy.

            Dopiero kiedy wsiadłam do mojego starego samochodu zorientowałam się, że wybiegłam ze szkoły z nieprawdopodobną prędkością. Nigdy nie podejrzewałam nawet, że potrafię biec tak szybko.

            I nagle do mnie dotarło.

            Wyostrzył mi się słuch i wzrok, pędziłam szybciej niż zawodowy biegacz, a do tego chyba nikt mnie nie zauważył, kiedy biegłam przez korytarz.

            Wcześniej tak nie było. Zaczęło się… kiedy…

I nagle mnie olśniło. Kiedy pojawił się tatuaż! To przez to zaczęły się dziać te wszystkie dziwne rzeczy. No w sumie, skoro sam się pojawił to może coś mi dawać no nie?

            Powstrzymując się przed odsłonieniem ręki, zapaliłam silnik i wyjechałam z parkingu.

            Zdałam sobie sprawę gdzie jadę dopiero kiedy moje autko zaczęło podskakiwać na wiecznie dziurawej Kent Avenue. Jechałam do miejsca, które wskazał mi ten dziwny głos.            Już z daleka widziałam rozsypujące się iglice starego kościoła. Kiedy rozglądałam się z miejscem do zaparkowania kątem oka zobaczyłam jakieś dziwne migotanie. Spojrzałam w górę i zamiast wierz kościoła zobaczyłam nieskazitelnie białe mury wielkiego zamku, który zajął miejsce starej, rozpadającej się katedry. Z jednej strony to było dziwne ale w głębi duszy czułam, że ten zamek jest całkiem normalny. Co oczywiście nie miało sensu ponieważ pojawił się w centrum Nowego Jorku.

            Zaparkowałam i wysiadłam z samochodu. Powoli podeszłam do starej, zniszczonej bramy z czarnego żelaza. Znajdujące się na prętach kawałki papieru świadczyły, że ludzie uważali ten teren za nieużywany. Jednak dla mnie było oczywiste, że za tym ogrodzeniem było coś tajemniczego, potężnego i przyciągającego mnie jak światło ćmę.

            Wyciągnęłam rękę w stronę kłódki spinającej stary zardzewiały łańcuch przytwierdzony do skrzydeł bramy, ale w ostatniej chwili się zawahałam. A co jeśli znowu zemdleje? Na jednej z bardziej ruchliwych ulic było to jak najmniej pożądane. Miałam jednak wrażenie, że nic cię nie stanie.

            Wyciągnęłam rękę i złapałam z kłódkę. O dziwo była ciepła. ,, Otwórz się.” Pomyślałam i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozległo się delikatne pyknięcie i kłódka razem z łańcuchem spadła na ziemie u moich stóp.

Popchnęłam bramę, a ta otworzyła się z cichym zgrzytem. Kiedy przechodziłam przez próg na zarośnięty chwastami teren starej katedry, zachwiałam się na nogach, zakręciło mi się w głowie aż musiałam zamknąć oczy. Zawroty zniknęły równie szybko jak się pojawiły. Stałam tak przez chwilę z zamkniętymi oczami, pogrążona w ciemności aż poczułam lekką zmianę w powietrzu, która kazała  mi otworzyć oczy. Oniemiałam

Widok jaki się przede mną rozpościerał zaparł mi dech w piersiach.

Znów widziałam ten piękny zamek, który spostrzegłam z ulicy zamiast katedry, tyle, że tym razem w całej okazałości.

Wysokie wieże, ostro zakończone łukowate okna, perłowo białe kamienne ściany. Dookoła zamku rozpościerał się cudowny ogród. Wszędzie rosły nieznane mi drzewa i kwiaty, cztery pięknie zdobione fontanny postawione dokładnie naprzeciwko wrót zamku wesoło tryskały wodą, która spadając dawała niesamowity efekt w zachodzącym słońcu. Aż zaświerzbiła mnie ręka, żeby to wszystko narysować.

Wciąż oczarowana widokiem, który się przede mną roztaczał, ruszyłam powoli przed siebie cały czas rozglądając się dookoła.

Prawie doszłam do wejścia do zamku, kiedy wielkie misternie zdobione, drewniane drzwi otworzyły się przede mną. Stał w nich wysoki i elegancki mężczyzna.

Miał na oko jakieś 30 lat i był niezwykle tajemniczy. Lśniące, ciemne włosy sięgały do połowy szyi i delikatnie kręciły się nad uszami. Miał surowe, prawie posągowe rysy ale jego brązowe oczy łagodziły ten efekt. Były mianowicie bardzo ciepłe i wpatrywały się we mnie bez cienia wrogości.

- Witaj Alex. Czekaliśmy na ciebie.- powiedział głębokim hipnotyzującym głosem.

Powoli zbliżyłam się do niego nie śmiejąc wypowiedzieć ani słowa.

-Jak widzę, dotarłaś bez większych problemów. Jestem Serafin i mam nadzieję, że ci się tutaj spodoba.-rzekł i uśmiechnął się przyjaźnie.

-Yy… Miło mi, ale co to za miejsce?- udało mi się wyjąkać.

-Zaraz wszystko ci wyjaśnię. Chodź za mną.-powiedział do mnie i skierował się do wnętrza zamku. Nie miałam wyboru, więc poszłam za nim, mając świadomość, że to co znajdę w środku zmieni moje życie na zawsze.

 

sobota, 25 stycznia 2014

Ogłoszenia parafialne

Nie wiem czy ktokolwiek to czyta, lecz  jeśli tak to bardzo przepraszam za brak wpisów, ale niestety wena mnie opuściła. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się stworzyć coś sensownego. Jeszcze raz przepraszam. :) I please, komentujcie. (chciałabym wiedzieć czy ktoś to czyta)
                                                                                                   ~ Alex

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział I


Kolejne problemy do kolekcji

 

,,Długa i trudna droga wiedzie do światłości z piekieł”

 

-John Milton ,, Raj utracony”

 

 

        Pierwsze, z czego zdałam sobie sprawę, to, że leżę na czymś twardym. Powoli otworzyłam oczy i zobaczyłam światło świetlówki w sali biologicznej.

            Po drugie, zobaczyłam, że dookoła mnie klęczą ludzie, ale nie widziałam ich twarzy, bo wszystko poza lampą na suficie było zamazane.

 Powoli zaczynałam dochodzić do siebie. Coraz wyraźniej słyszałam głosy innych uczniów i profesora Mcullaisa, rozbrzmiewające wokół mnie.

- Odsuńcie się! Już! Ona potrzebuje powietrza! Do tyłu!- krzyczał nauczyciel do reszty klasy.-Wszystko w porządku? Co się stało?- powiedział profesor, i dopiero po chwili zorientowałam się, że mówi do mnie.

-C…Co się dzieje?- udało mi się wydukać- O co chodzi?- pytałam ludzi dookoła mnie.

- Zemdlałaś Alex. Dobrze się czujesz?- Odezwał się do mnie MCUllais.

            -Tak, już dobrze. Pomóżcie mi usiąść.- odezwałam się i dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że cała się trzęsę.

- Panno Johnson, proszę zaprowadzić pannę White do gabinetu pielęgniarki.- odezwał się nauczyciel  i Kate momentalnie znalazła się przy mnie i pomogła mi wstać.

Udałyśmy się do gabinetu lekarskiego. Po drodze przez klasę poczułam, że ktoś mnie obserwuje, odwróciłam się i zobaczyłam za sobą Ericka Rodrigeza, jednego z zawodników naszej szkolnej drużyny . W jego spojrzeniu było coś dziwnego. Jakby…troskę i nienawiść, nie potrafiłam tego stwierdzić. Dziwne. Ale postanowiłam się tym nie przejmować.

Wspomnienie tego głosu nie dawało mi jednak spokoju i przyprawiało o dreszcze. O co mogło chodzić? Czy to były tylko zwidy, stworzone przez moją chorą wyobraźnie? A jeśli nie, to do kogo należał ten głos? Po co mnie wzywa? Te pytania dręczyły mnie jak chmara natrętnych pszczół, od których nie można się opędzić.

Doszłyśmy do gabinetu pielęgniarki. Otworzyłam drzwi i owionął mnie znienawidzony zapach środków do dezynfekcji, którym w szpitalach starają się zatuszować odór choroby i beznadziei.

-Możesz już wrócić do klasy panno Johnson.- odezwała się siostra Evans, kiedy tylko przekroczyłyśmy próg gabinetu lekarskiego

            -Na pewno już wszystko dobrze Alex?- zwróciła się do mnie Kate z błyskiem niepewności w oczach.

            - Tak. Już w porządku Kate. Naprawdę.- powiedziałam do niej mając nadzieję , oczywiście złudną, że inni nie będą się mnie później dopytywać co się stało. Kiedy Kate wyszła drzwi zamknęły się za nią z cichym trzaskiem.

 

            Pani Evans odwróciła się do mnie. Jej biały fartuch lekarski załopotał kiedy szła przez gabinet w moją stronę. Miała na oko jakież 50 lat, blond włosy ściśnięte w ciasny kok na czubku głowy, wyblakłe niebieskie oczy spoglądały na mnie zza okularów w złotych oprawkach.

 Odezwała się do mnie, tym swoim przesłodzonym głosem, który zawsze kojarzył mi się z starymi paniami, które miały po 90 kotów.

-Dzień dobry panno White. W czym problem?

-No…- zająknęłam się- Zasłabłam na lekcji i pan McUllais kazał mi tu przyjść mimo, że czuję się już dobrze.- wyjaśniłam pielęgniarce spokojnym i opanowanym tonem, choć w głowie wciąż dźwięczał mi ten głos: głęboki i tajemniczy, ale zimny niczym zamarznięte jezioro.

 „Czeka tam na ciebie twoje przeznaczenie”, te słowa nie dawały mi spokoju. O co chodzi? Przecież, ludzie, ja jestem zwykłą dziewczyną z Brooklynu, jakie ja mogę mieć niezwykłe przeznaczenie? No cóż, w każdym razie zakładałam, że to będzie coś niezwykłego, bo to co mi się przydarzyło, na pewno nie było normalne.

-Hmm. A teraz już wszystko dobrze?- zapytała mnie pani Evans z udawanym zainteresowaniem, przerywając mój wewnętrzny monolog.

- Tak. Naprawdę.- odpowiedziałam, licząc, że wyszło chociaż w miarę przekonująco.

-No dobrze. Zostaniesz tutaj ze dwie lekcje i jakby coś się działo to mnie wołaj. Dobrze?- zadyrygowała panie Evans- Siedź tutaj a ja idę do siebie.- Oznajmiła zamknęła się w swojej dyżurce.

Ja zostałam sama. W pokoju zajętym tylko przez leżankę, szafki z artykułami medycznymi wszelkiej maści, wagę, mały stolik i plakaty ze szkicami anatomicznymi, było całkiem cicho. Jedynym dźwiękiem było tykanie zegara nad drzwiami. Tik- tak. Tik-tak. Tik- tak.

Chciałam się czymś zająć ale telefon, odtwarzacz MP3, szkicownik a nawet książkę, którą czytałam dla zabicia czasu, zostawiłam w plecaku, w klasie.

Mijały minuty, a ja coraz bardziej zagłębiałam się w ponurym letargu.

W mojej głowie zaczęły przelatywać wspomnienia. Najpierw, były to szczęśliwe chwile z Jess. Wycieczki szkolne, wypady do kina i do galerii, spanie u siebie, żarty i psikusy, dyskoteki... To wszystko przypominało mi, jakim oparciem była dla mnie Jess kiedy moja mama zaczęła się spotykać z tym kretynem Dariusem.

Potem nadleciały obrazy moich kłótni  z mamą. Wspomnienia tych czasów kiedy w naszym życiu nie było Dariusa, wydawały mi się już tylko pięknym snem. Awantury były teraz na porządku dziennym. Czasem kiedy gadam o tym z Jess uświadamiam sobie, że właściwie nie mam już rodziny. Darius nastawił mamę w taki sposób, że jestem teraz zmorą jej życia, ponieważ nie jestem taka jak on chce. Jakby się nad tym zastanowić, to chyba jeszcze nigdy nie nienawidziłam nikogo tak bardzo jak jego, nawet Clare.

Nadeszła kolej na wspomnienia, które same w sobie były szczęśliwe, ale przez to co ostatnio się stało, wywoływały raczej łzy niż uśmiech. Ojciec Jess, Roger Parnell, właściwie zastępował mi ojca. Nie był moim biologicznym ojcem, ani ojczymem, tylko traktował mnie jak swoją córkę. Jego śmierć była dla mnie ciosem równie mocnym jakby umarł mój tata.

Pamiętałam, jakby to było wczoraj, kiedy pierwszy raz Jess zaprosiła mnie do siebie, i go spotkałam.

To było w drugiej klasie podstawówki. Przed Świętami Bożego Narodzenia Jess zaprosiła mnie do siebie. Kiedy tylko jej ojciec wysiadł z samochodu, żeby zabrać nas z pod szkoły, od razu go polubiłam.

Był wysokim brązowowłosym mężczyzną po trzydziestce, o wyglądzie naukowca z życzliwym uśmiechem dodającym otuchy. Miał na sobie lekko wytarte jeansy, flanelową koszulę i kurtkę oraz ciemne buty turystyczne.

-Cześć dziewczynki! Jak wam minął dzień?- zapytał wtedy z uprzejmym wyrazem twarzy.

Wcześniej Jess opowiadała mi o nim i mimo, że byłam dopiero w podstawówce, zrozumiałam, że jest on wspaniałym człowiekiem i kochającym ojcem.

Zawsze miałam talent do rozgryzania ludzi, już od dziecka wiedziałam wiele rzeczy o różnych ludziach. Wystarczyło mi zamienić z nimi choćby kilka słów, a czasem nawet nie. To dziwne ale tak już po prostu było.

Więc od razu wiedziałam, że pan Parnell był wyjątkowym człowiekiem a Jess była jego oczkiem w głowie. Mimo młodego wieku poczułam wtedy ukłucie zazdrości. Ja nie miałam ojca. Całą moją rodziną była mama.

Przez cały czas odkąd przyjaźnię się z Jess, jej tata traktował mnie jak jedną ze swoich córek. Czasem nazywał Jess, Carrie i mnie ,,Trojaczkami z piekła rodem” bo często dawałyśmy jemu i jego żonie w kość naszymi wygłupami.

Niektórym może się to wydać dziwne, ale ja naprawdę czułam się jak jego córka.

Na pogrzebie razem z Jess stałyśmy razem roniąc ciche łzy, zamknięte we własnym cierpieniu.


                                                                       ***

 

W moje rozmyślania wdarł się palący ból lewej ręki. Było to sto razy mocniejsze niż pieczenie przedramienia zanim w klasie pana McUllaisa straciłam przytomność. Teraz ręka piekła jakby ktoś ją przypalał żywym ogniem. Cudem udało mi się nie krzyknąć, żeby nie alarmować pani Evans.

Szybko podciągnęłam rękaw bluzy i oniemiałam.

Całe moje przedramię pokrywały skomplikowane wzory przywodzące na myśl gałęzie dzikiej róży lub czegoś podobnego. Oplatały moją rękę jak wstęgi splątane ze sobą, ale w niektórych miejscach pozostawiły puste miejsca. Poza dwoma, tuż przy samym nadgarstku.

            W dwóch przerwach pomiędzy pnączami widniały nieznane mi symbole. Pierwszy: skomplikowana plątanina fal i trójkątów, przywodząca na myśl płetwy rekinów pomiędzy falami, i drugi: większy, wyraźniejszy i przypominający krzyż umieszczony pomiędzy parą czarnych skrzydeł.

            Nawet nie znając jego znaczenia ani pochodzenia czułam bijącą od niego moc i miałam wrażenie, że cały tatuaż, razem z tymi pnączami i drugim znakiem są na swoim miejscu: mojej lewej ręce. Czułam, że takie jest ich przeznaczenie: zdobienie mojej skóry pomimo, że nie wiedziałam co znaczą skąd pochodzą i o co w tym wszystkim do licha ciężkiego chodzi.
 
 
 
 
 

środa, 11 grudnia 2013

Prolog


,,Bo człowiek rodzi się na niedolę, jak iskry z pożogi, aby wysoko wzlatać”
-Księga Hioba 5:7
 

Nazywam się Alex White, mam 17 lat i mieszkam w Nowym Jorku, a dokładnie na Brooklynie. Wcześniej mieszkałam w New Jersey ale przeprowadziłam się z mamą z powodu jej pracy.

            Więc tak, w poniedziałkowy ranek szłam do mojej szkoły, niewielkiego, zapyziałego budynku przy Henry’s Street. Przypomina on połączenie starego kościoła i biblioteki uniwersyteckiej. Ściany były dosyć nietypowym połączeniem zwykłych otynkowanych murów i wystających cegieł. Frontową część budynku porastał gęsty, zielony bluszcz.

            Uczniowie już wlewali się przez frontowe drzwi, śmiejąc się i komentując miniony weekend.

            Ja wlokłam się na końcu, sama i zamknięta w sobie. Tego dnia, na mój parszywy humor składało się kilka spraw, które nie dawały mi spokoju.

            Po pierwsze. Pokłóciłam się z matką. O to co zwykle, czyli o jej nowego chłopaka. Miał na imię Darius, i wydawał mi się fajny przez jakieś, pierwsze 30 sekund naszej znajomości. Porem się odezwał, i wiedziałam że jest gburem jakich mało. Ale mama mimo to się za nim uganiała. Fuj. Potem dowiedziałam się że jest przewodniczącym jakiegoś stowarzyszenia ludzi wiary, , czy czegoś takiego. Moim zdaniem to było chore, zresztą tak jak wszystko co się z nim wiązało.
Po drugie. Ojciec mojej najlepszej kumpeli Jessicki, Roger Parnell, umarł dwa dni temu na zawał serca. Pan Parnell zawsze był dla mnie jak ojciec, którego nigdy nie miałam.

Bo moja mama wychowywała mnie samotnie. Mój prawdziwy ojciec był jej chłopakiem ze studiów, ale kiedy się dowiedział, że mama jest w ciąży, po prostu zniknął. Pogodziłam się z tym.

Najbardziej martwiłam się o Jess. Właśnie straciła ojca a jej matka siedziała na kuchennym krześle i gapiła się w ścianę, nie była w stanie zająć się ani Jess, ani jej młodszą siostrą Carrie. W końcu przyjechała do nich siostra pani Parnell, Linda, i zajęła się dziewczynami.

Jess była tak zrozpaczona, że nie była w stanie chodzić do szkoły. Codziennie do niej dzwoniłam i pocieszałyśmy się nawzajem.

Więc kiedy w końcu dotarłam do szkoły znowu zachciało mi się płakać. Dosyć tego! Powiedziałam sobie w myślach. Dam radę, nie ma, że boli!

Jakoś dotarłam do swojej szafki, wzięłam książki i już miałam się odwracać, kiedy znikąd wyrosła przede mną Clare

Była ona o jakieś 5 centymetrów niższa ode mnie, ale miała jeszcze ok. metr pewności siebie. Była tak chuda, że było jej widać żebra. Miała tez długie do połowy pleców, blond włosy oraz zimne niebieskie oczy. Ponad to zawsze nosiła staniki typu push-up, spódniczki mini i oczywiście szpilki. Z jej twarzy nigdy nie znikał makijaż( na moje oko miała ok.3 kilogramy tapety na twarzy)i wredny uśmieszek. Clare była jedną z tych osób, które uważają się za lepsze od innych tylko dlatego, że są bogate i popularne. Innymi słowy była wredną jędzą.

Więc stała tak przede mną z tym swoim krzywym uśmieszkiem, i po wyrazie jej oczu wiedziałam, że zaraz zacznie się na mnie wyżywać.

-Co tam? –Powiedziała tym swoim cieniutkim głosikiem zapowiadającym kłopoty. – Słyszałam, że ojczulek tej twojej psiapsiuły wykitował. To naprawdę musiał być dla niej cios, założę się, że jutro przyjdzie do budy cała obsmarkana i żałosna!

 – oznajmiła Clare, ze śmiechem. Śmiechem! Jak ona śmie tak mówić o Jess i jej tacie! Cała się gotowałam w środku i miałam ochotę rozerwać Clare na strzępy.

 O dziwo mój głos brzmiał spokojnie i lodowato

-Po pierwsze, tak, ojciec Jess zmarł na zawał serca, ale to nie twoja sprawa.-wycedziłam przez zęby.- Po drugie, nigdy więcej nie waż się tak mówić o Jess i jej tacie.-wprost gotowałam się z furii- I po trzecie, to, że ty nie masz uczuć i nie obchodzi cię nic poza tobą samą, nie oznacza jeszcze, że możesz szydzić ze śmierci członków rodzin innych ludzi. Ciekawe czy ty- wycelowałam palec wskazujący w jej mostek i dźgnęłam ją nim, aż się wzdrygnęła- skakałabyś z radości, gdyby chodziło o twojego ojca lub matkę! I wiesz co?-kontynuowałam nie dając jej dojść do głosu-Nikogo nie obchodzi twoja samolubna ocena. A wiesz dlaczego? Bo jesteś wredną francą!

Clare cofnęła się wstrząśnięta moim wybuchem. Nic dziwnego. Zazwyczaj, ci, na których się wyżywała, albo milczeli, albo ją ignorowali, albo, jak w przypadku tych bardziej wrażliwych osób, ronili ciche łzy kiedy już sobie odchodziła. Nienawidziłam jej za to.

            Clare w końcu się otrząsnęła, ale na jej twarzy pozostał wyraz zaskoczenia, którego nie była w stanie ukryć.

-Pożałujesz tego!!! Nikt nie ma prawa odzywać się do mnie w ten sposób!- pisnęła i oddaliła się korytarzem, kręcąc tyłkiem i chwiejąc się na swoich wysokich obcasach, jakaś diva. Żeby nie powiedzieć dziwa.- dodałam w myślach

 Znaczy się, podrywała chłopaków, jak każda inna dziewczyna w szkole, ale chodziły plotki, że nie tylko. Fuj.

Aż się wzdrygałam na samą myśl co ona mogła robić z zawodnikami naszej szkolnej drużyny po meczach. OCHYDA. NA. MAKSA

Odeszłam w stronę klasy, zastanawiając się co we mnie wstąpiło kiedy przyszła Clare. No, wiadomo, wkurzyłam się jak nie wiem co, kiedy zaczęła się nabijać z Jess i jej ojca ale jeszcze nigdy jej tak nie nawrzucałam, nawet kiedy śmiała się ze mnie.

Usiadłam  w ostatniej ławce Sali biologicznej pawie równo z dzwonkiem.

Cieszyłam się w duchu, że przynajmniej nie chodzę z Clare do jednej klasy. To byłby koszmar.

Z rozmyślań wyrwał mnie głos pana McUllaisa, nauczyciela biologii i fizyki.

- No dobra misiaczki. Dzisiaj zaczynamy dział IV, czyli ludzką psychikę. Kto mi powie, jakie są najczęstsze przyczyny chorób psychicznych?- Zapytał tym samym znudzonym głosem, który świadczył, że ma już serdecznie dość, gadania rok w rok o tym samym. I szczerze, nie dziwiłam mu się, ponieważ o ile było mi wiadomo, był nauczycielem od jakiś czterdziestu lat. Pan McUllais wyglądał na jakieś 60 lat ale moim zdaniem był o wiele starszy.

Do odpowiedzi zgłosiła się Kate Johnson . Jak zwykle. Kate była jedną z tych osób, które nie chodzą na imprezy, zawsze trzymają się na uboczu ale na lekcjach znają odpowiedź na każde pytanie

-Traumatyczne przeżycia, stres, niektóre toksyny,- odpowiedziała bez wahania- i jeszcze samotność.- dodała.

- Dobrze. 3 punkty panno Johnson. – odpowiedział nauczyciel.

I mniej więcej, w tym momencie się wyłączyłam. Dałam się ponieść myślom i kompletnie nie wiedziałam co się dookoła mnie dzieje.

Moje myśli, od razu skierowały się ku dzisiejszym incydencie z Clare. Co się właściwie stało? Nie mogłam tego zrozumieć. Jeszcze nigdy nie byłam tak wściekła. Wiadomo czasem się denerwowałam, na mamę, na Jess, na szkołę ale nigdy nie byłam aż tak wyprowadzona z równowagi. Myślałam tak jeszcze przez chwilę, o co mogło chodzić.

Tym razem, moje myśli skierowały mnie do Dariusa, tego chłoptasia mamy. Naprawdę go nienawidziłam.  Moja mama miała go za ideał, a mnie zrujnowała nim życie.

Wysoki, ni to chudy, ni to gruby, zero mięśni i do połowy łysy, wyglądał bardziej jak umyty menel, ale miał kasę i moim zdanie to właśnie to przyciągało do niego moją matkę, bo ktoś taki jak on na pewno nie przyciągał uwagi normalnych kobiet. Powtarzam: normalnych, bo moja matka z pewnością do takich nie należała.

Kiedy patrzyłam jaki on dla niej jest, miałam ochotę rzygać. Niby był taki kochany i w ogóle, ale przez niego nie mogła robić nic co według niego nie pasowało do jakieś cudownej, wielce wierzącej, idealnej żoneczki. Beznadzieja.

Zauważyłam, że zamienia się w jego marionetkę, z każdym dniem, coraz bardziej.

            W sumie chodziła z nim od jakiś dwóch lat. Od tego czasu strasznie się od siebie oddaliłyśmy. Czasem mam wrażenie, że między nami już nigdy nie będzie tak jak kiedyś. Dawniej co niedzielę oglądałyśmy razem filmy, Harry’ego Pottera, Gwiezdne Wojny i tak dalej. Teraz ona była już tylko ,,wzorem idealnej żoneczki z perfekcyjnej katolickiej rodziny”. Pff. A najgorsze, że mnie też chciała zamienić w takie ,,zombie”.

            Nie rozmawiamy już prawie wcale. No, nie licząc jakiś jałowych powitań i pożegnań, rano i wieczorem.

 I oczywiście z wyjątkiem kłótni. Nasze dłuższe rozmowy błyskawicznie przeobrażały się w awantury, i to praktycznie dzień w dzień. Czasem miałam wrażenie, że mojej mamy już nie ma.

          Z tych ponurych rozmyślań wyrwało mnie jakieś dziwne uczucie. Miałam wrażenie, że coś mnie skręca w żołądku, ale nie boleśnie… Tylko dziwnie.

          Rozejrzałam się po klasie- nikt nic nie zauważył. Nauczyciel dalej gadał o psychice, a połowa uczniów wyglądała jakby spali z otwartymi oczami- normalka.

           A jednak coś było nie tak. To dziwne uczucie, coraz bardziej dawało mi się we znaki. Po raz kolejny obiegłam wzrokiem klasę i dostrzegłam jakiś cień przemykający z oknem. Oczywiście nikt inny nie zwrócił na to uwagi.

          I nagle, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie miałam kontroli nad własnym ciałem. W tej całej ciemności pojawił się rozbłysk światła i usłyszałam ten głos. Był ciepły ale surowy, głęboki i przyjemny

          - Idź do starej katedry przy Kent Avenue. Dotknij kłódki i wejdź. Tam czeka na ciebie twoje przeznaczenie.- Właśnie w tym momencie, poczułam pieczenie na przedramieniu i osunęłam się w ciemność.